Parafia p.w. św. Elżbiety Węgierskiej

  • Zwiększ rozmiar czcionki
  • Domyślny  rozmiar czcionki
  • Zmniejsz rozmiar czcionki

Wspomnienia

ks. Adam

Kiedy otrzymałem dekret od Ks. Biskupa kierujący mnie do parafii św. Elżbiety we Wrocławiu, naprawdę się zmartwiłem. Przerażała mnie liczba parafian (około 20 tys.). Była dwa razy większa niż w Oławie, a zdawałem sobie sprawę, co się z tym łączy.

Po sześciu latach pracy w Oławie, mojej pierwszej placówce, byłem po prostu duchowo i fizycznie z lekka wyczerpany. Wiedziałem, że mój czas tu dobiega końca i dyskretnie modliłem się o mniejszą placówkę, gdzie tempo pracy będzie wolniejsze.

Ale Bóg poprowadził mnie inną drogą, drogą przez “kombinat”, jak się mi na początku zdawało. Hałas od ulicy, brak podwórka, wiecznie kręcący się bezdomni, z okna rozpościerający się widok magazynów i torów kolejowych… Jednym słowem masakra!


ks. AdamKs. Proboszcz przyjął mnie bardzo serdecznie i powiedział, że księża współpracujący wprowadzą mnie w rytm pracy parafii. Zlecono mi, oprócz oczywiście innych obowiązków, prowadzenie nowenny do NMP i tak zaczęła się moja przygoda z parafią św. Elżbiety, która trwała 5 lat.

Teraz, kiedy wspominam tamte lata, mogę szczerze powiedzieć, że tak jak Oława jest moją pierwszą miłością, tak św. Elżbieta jest miejscem, gdzie duchowo dojrzewałem. Te niepozorne środy były szczególnym miejscem wspaniałej duchowo-ludzkiej przestrzeni, którą z roku na rok rozwijałem zgodnie z charyzmatem, jakim obdarzył mnie Bóg. Chciałem, aby ludzie czuli się  jak u siebie

w domu, aby każdy z nich wiedział, że jest zawsze mile widziany i chyba mi się to udało. Na ile? Ludzie sami ocenią.

Jak widać Pan Bóg zawsze ma dla każdego z nas plan i choć na początku bałem się tak wielkiej parafii, to teraz widzę, ile dobra mnie tam spotkało. Trzeba bardziej ufać Bogu niż sobie, a wtedy zbierzemy błogosławione owoce. Nadal się tego uczę.

Pozwolę sobie podziękować, choć zrobiłem to już na Mszy pożegnalnej, Ks. Proboszczowi za delikatność wobec mojej osoby, dzięki temu nigdy nie czułem się skrępowany. Księżom współpracującym wówczas ze mną, siostrom zakonnym za to, że często słuchały moich problemów, pani Kazimierze, bez której na pewno popadłbym w anemię, ekipie z dolnej kuchni, LSO, wspaniałym sekretarkom,  poszczególnym grupom, których modlitwy doświadczyłem i “rolling stonsom” za 5 lat wspólnego kroczenia podczas kolędy.

 

artykuł ukazał się w 93. numerze pisma "Jak być człowiekiem?"